Parę słów o Florencji

_MG_0417Zgodnie z obietnicą, dziś zapraszam na wycieczkę do Florencji, stolicy Toskanii. To niezwykle malownicze i pełne zabytków miasto zrobiło na mnie olbrzymie wrażenie. Liczne kościoły, katedry i pałace sprawiają, że miasto ma swój niepowtarzalny klimat. Przez Florencję przepływa rzeka Arno, na której znajdują się słynne mosty. Najstarszy z nich Ponte Vecchio (Stary Most), znany też jako Most Złotników pochodzi z XIV wieku. Swoją nazwę (polską) zawdzięcza warsztatom jubilerskim i kramom, jakie się na nim znajdują. Wizytówkę miasta stanowi Katedra Santa Maria del Fiore (Duomo), której gotycka fasada ze zdobnymi portalami przedstawiającymi sceny z życia Marii Panny zapiera dech w piersiach.
Mówiąc o Florencji, trzeba wspomnieć o Galerii Uffizi, czyli jednym z najstarszych i najsłynniejszych muzeów w Europie. Muzeum cieszy się tak dużą popularnością, że bilety musieliśmy kupić miesiąc przed planowanym przyjazdem. Zwiedzanie dwupiętrowego budynku zajęło nam prawie pięć godzin, ale było warto. W galerii znajdują się najsłynniejsze obrazy Sandro Botticellego, Tycjana, Rubensa, Rafaela, Caravaggio oraz wielu, wielu innych. Niestety, kryzys gospodarczy sprawił, że część zbiorów jest zamknięta i niedostępna zwiedzającym. Ominęły nas więc niektóre flamandzkie malowidła z XVII w., które przyszło nam oglądać z daleka.
Florencja to także moda i kulinaria. Na każdym rogu ulicy można znaleźć markowe butiki, sklepy oraz galerie, z produktami wysokiej jakości. Przez niektórych miasto traktowane jest jako miejsce narodzin współczesnej (po II wojnie światowej) mody. Jeśli zaś chodzi o kuchnię, miejscowość oferuje liczne produkty regionalne – sery, wędliny, pieczywo oraz słynne, włoskie lody. W Toskanii powstaje także słynne Chianti - intensywnie czerwone, wytrawne wino. O włoskiej kuchni będzie jeszcze mowa następnym razem.

Parę słów o Sienie

Siena

Mój ubiegłoroczny pobyt we Włoszech ograniczył się do zwiedzania regionu Emilia – Romania. Nie był to jednak typowy urlop – pojechaliśmy dokończyć dokument o trzęsieniu ziemi, które w maju 2012 roku dotknęło tę okolicę. W tym roku postanowiliśmy odpocząć. Już przed wyjazdem zaplanowaliśmy nasz pobyt we Włoszech – zarezerwowaliśmy hotele i kupiliśmy bilety do muzeów. Naszym celem była głównie Toskania. Postanowiliśmy, że poza malowniczymi miejscowościami, typowymi dla tego regionu, odwiedzimy Sienę i Florencję. Dziś kilka słów o pierwszym z miast. Siena zachowała antyczną strukturę miasta, którego stare centrum wpisane jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Na rynku Piazza della Campo, o kształcie muszli, dwa razy w roku odbywa się wyścig konny Il Palio, podczas którego rywalizują ze sobą przedstawiciele poszczególnych dzielnic miasta. Kiedy przyjechaliśmy do Sieny, trwały akurat przygotowania do wyścigu, który odbyć miał się za 4 dni. Liczne próby, pochody, widowiska i żonglerka przyciągnęły mieszkańców miasta i turystów do centrum. Ciepły wieczór, ludzie siedzący na płycie rynku i szum rozmów sprawiły, że udało się nam w końcu zrelaksować. Wróciliśmy do hotelu, zamówiliśmy okoliczne wino i w ogrodzie przegadaliśmy kilka godzin. Mieliśmy szczęście, ponieważ była to noc Superksiężyca (gdzie Złoty Glob świecił o 30% jaśniej niż zwykle) i deszczu perseidów.
Następnego dnia postanowiliśmy trochę pozwiedzać miasto i spróbować okolicznych rarytasów. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie Duomo di Siena, czyli słynna katedra, z trójosiową fasadą, we wnętrzu której znajdują się białe i czarne marmury. Jeśli chodzi zaś o rarytasy, to tutaj urzekła mnie Porchetta z dużą ilością grubej soli i rozmarynu. Jest to nic innego jak prosiak nadziany ziołami i pieczony przez noc w piecu. Było tłusto i słono, ale w końcu wakacje rządzą się swoimi prawami. Korzystają z okazji spróbowaliśmy także dania o tajemniczej nazwie Torta Rustica, które tradycyjnie jada się tutaj na Wielkanoc. Jest to rodzaj słonego ciasta, pieczonego z dużej ilości jajek z dodatkiem sera i w tym przypadku licznymi kawałkami mięsa, także boczku. Włochy to oczywiście niezliczona ilość makaronów, serów, wina, lodów, ciast, a także pizzy. Nie sądziłam, że znajdę tutaj coś, co może mi teoretycznie nie smakować, a jednak… Jest jedna rzecz, na którą bym się w życiu nie skusiła i jest to… pizza z czekoladą. Wiedziałam, że Włosi lubią pizzę, ale jak dla mnie ta z czekoladą, to już za dużo. Tutaj jest jednak bardzo popularna, zwłaszcza wśród dzieci. Zjadają ją serwowaną na klasycznym cieście lub zawijaną w pieróg jak calzone.
Po długim zwiedzaniu i z pełnymi brzuchami wsiedliśmy w samochód i mijając toskańskie winnice oraz pola, udaliśmy się do Florencji, ale o tym mieście będzie mowa następnym razem.

Pierś z kurczaka z sosem malinowym i karmelizowaną marchewką

piers_z_kurczaka_z_sosem_malinowym_i_karmelizowana_marchewka

Wszystko, co dobre, szybko się kończy – mój urlop minął w błyskawicznym tempie. Są ludzie, których po powrocie do szarej rzeczywistości dotyka tak zwana „pourlopowa depresja”. Ja do nich nie należę. Nie żal mi końca wakacji i jedzenia, którym rozpieszczałam się we Włoszech, bo wiem, że przecież tam wrócę i znowu będzie pięknie. Przynajmniej mam teraz na co czekać. Fakt, że muszę wstać jutro o 6 rano, żeby iść do pracy, też mnie specjalnie nie martwi – taka jest przecież kolej rzeczy. Cierpię natomiast na chwilowy syndrom totalnej awersji do Irlandii. Odkąd wróciłam, denerwuje mnie tu niemal wszystko. Swoje narzekanie muszę zacząć oczywiście od pogody. Kiedy wylatywałam z Włoch, termometr pokazywał 33 stopnie Celsjusza –  tutaj było 13. Ledwo co wysiadłam z samolotu i na moją głowę spadły pierwsze krople deszczu, które po chwili zmieniły się w intensywny opad. Czara goryczy przelała się jednak dziś rano. Miałam w planie odwiedzić brata, który mieszka około 80 km od Dublina. Wszak obiecałam bratankowi „pamiątkę z Włoch”. Z entuzjazmem, uśmiechem na ustach i torbą pełną suwenirów dla całej rodzinki wsiadłam rano do tramwaju, żeby dostać się na stację kolejową. Na wejściu uderzył mnie odór alkoholu i papierosów oraz mocno „wczorajsi” towarzysze, którzy klnąc i sepleniąc, wracali do domów z prawdopodobnie całonocnych libacji. Po półgodzinnej podróży z ulgą wysiadłam z tramwaju, jak się okazało, tylko po to, by dowiedzieć się, że dzisiaj pociągi nie kursują z powodu strajku. Nie wiem dlaczego irlandzcy kolejarze dziś strajkują (zapewne walczą w jakiejś słusznej sprawie), ale gdy przed dworcem zobaczyłam dokładnie cztery osoby z hasłem STRAJK  na tabliczkach, od razu przypomniała mi się scena z kultowego „Misia”, gdzie pracownicy londyńskiego banku zrobili strajk ostrzegawczy, ponieważ mieli za ciemno w pracy. Zrezygnowana zadzwoniłam do brata z prośbą o sprawdzenie połączeń autobusowych. Okazało się, że mam szczęście – za 45 minut odjeżdża autobus; muszę tylko dostać się na drugą stronę miasta. Przyjechałam z piętnastominutowym zapasem czasu i wraz z pięcioma innymi osobami czekałam na autobus. Moje zdenerwowanie pojawiło się po 30 minutach, gdy zorientowałam się, że transport spóźnia się już kwadrans. Czekałam jeszcze godzinę, ale autobus w ogóle się nie pojawił. Bez sił i ochoty do czegokolwiek wsiadłam do tramwaju i wróciłam do domu. Jak mam lubić ten kraj? Moim zdaniem na dublińskim lotnisku, zamiast hasła „Witajcie w Irlandii” powinien znajdować się sparafrazowany cytat z Dantego „Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu przybywacie”. Dzisiejszy post miałam poświęcić na relację z Włoch, ale jeszcze chwilę z tym poczekam – musiałam się przecież wyżalić. A w ramach poprawiania sobie humoru, na talerzu ląduje karmelizowana marchewka i kurczak w sosie malinowym.

Składniki:
pierś z kurczaka
2 marchewki
250 g malin
2 łyżki płynnego miodu
2 łyżki oliwy z oliwek
łyżka masła
pół łyżeczki imbiru w proszku
sok wyciśnięty z połowy cytryny
5 – 6 goździków
pieprz
sól

Sposób wykonania

Pierś z kurczaka umyć i podzielić na trzy części. Sok z cytryny wymieszać z łyżką oliwy, pieprzem, solą i goździkami. Tak przygotowaną mieszaniną natrzeć pierś z kurczaka i wstawić ją do lodówki na godzinę. Po tym czasie udusić na patelni na wolnym ogniu. Marchewkę obrać i pokroić w talarki. Masło rozgrzać, dodać do niego imbir, łyżkę miodu i marchewkę. Smażyć do momentu, aż marchewka będzie miękka. Maliny opłukać i utrzeć z łyżką miodu i oliwy na jednolitą masę. Pierś kurczaka polać sosem malinowym. Podawać z ryżem i karmelizowaną marchewką.

SMACZNEGO!

Kanapka z tuńczykiem i koprem włoskim

kanapka_z_tunczykiem

Niedziela upływa mi na przygotowywaniu się do urlopu. Końcowe prasowanie, pakowanie i sprawdzanie, czy wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Jeśli podróż przebiegnie zgodnie z planem, jutro o tej porze będę już we Włoszech. Nie będę ukrywać, że od dawna z niecierpliwością przebieram nóżkami na samą myśl o tej chwili. W ciągu ostatnich tygodni w mojej pracy nastąpiło pasmo zmian, stresów oraz rozczarowań, od których z chęcią odetnę się chociaż na jakiś czas. Z radością odpocznę także od irlandzkiej pogody – mam nadzieję na naprawdę słoneczną Italię. Jak to przed urlopem bywa, raczej nie kupujemy artykułów spożywczych, które nie przetrwają naszej absencji. Co więcej, staramy się opróżnić lodówkę z wszelkich produktów z krótkim terminem ważności. Kolokwialnie mówiąc, po prostu “zjadamy resztki”. Swoisty reisefieber, który powoli ogarnia mnie od rana, przyczynił się do tego, że jakoś niespecjalnie mam apetyt, więc koncepcja dojedzenia tego, co zostało w kuchni, bez konieczności gotowania bardzo mi dziś odpowiada. Nie oznacza to, że małe co nieco, które z tej okazji proponuję, nie będzie smaczne. Przyznam szczerze, że jest to jeden z moich ulubionych sandwiczów, po który często sięgam. Doskonale nadaje się na przekąskę lub lekką kolację. Mnie tym razem zastąpił nawet obiad, ale wiadomo – to już kwestia apetytu.

Składniki (na dwie porcje):

4 kromki chleba
puszka tuńczyka w sosie własnym (w kawałkach)
bulwa kopru włoskiego (fenkułu)
połówka cebuli
garść świeżej bazylii
2 łyżki kaparów
2 łyżki oliwy z oliwek
połówka cytryny
sól
pieprz

Sposób wykonania:

Cebulę i kapary drobno posiekać. Bazylię porwać na małe kawałki (nie powinno się kroić jej nożem). Koper włoski pokroić na wąskie paseczki. Z cytryny wycisnąć sok. Rybę odsączyć i połączyć ją z cebulą, koprem, kaparami i bazylią. Dodać sól, pieprz, oliwę i sok z cytryny. Dobrze wymieszać. Chleb upiec w opiekaczu (ja lubię mocno spieczony, więc zawsze trzymam go w tosterze troszkę dłużej). Między dwiema kromkami opieczonego chleba umieścić wcześniej przygotowany “farsz”.

SMACZNEGO!

 

 

Łazanki z kapustą kiszoną i mięsem wołowym

lazanki

W moim stuosobowym zespole w pracy mam pewną koleżankę z Polski, która od dłuższego czasu stopniowo zwiększała mój apetyt na… łazanki. Ostatnio zdarzyło się parę razy, że przyniosła to danie, zrobione  przez jej teściową na różne sposoby. Sama zaczęłam zastanawiać się nad odmianami tej potrawy i doszłam do wniosku, że w moim domu zawsze dominowały łazanki z mięsem i kapustą – białą lub kiszoną. Czasem z mamą robiłyśmy łazanki wegetariańskie (z cukinią), ale przyznam szczerze, że sama osobiście nigdy nie jadłam łazanek z kiełbasą. Może wynika to z kulinarnych upodobań albo z różnych regionów Polski, z których pochodzimy, ale to właśnie te ostatnie zaobserwowałam na talerzu koleżanki – biała kapusta, cebula i kiełbasa w połączeniu z makaronem typu łazanki były dla mnie czymś nowym. Może kiedyś skuszę się na wypróbowanie takiej wersji tego dania, ale dziś sięgam po wołowinę i kiszoną kapustę. Mam nadzieję, że także w Was obudzę smaki na być może zapomnianą przez niektórych potrawę.

Składniki:

200 g makaronu łazanki
200 g kiszonej kapusty
200 g ugotowanego mięsa wołowego (łopatka, antrykot, rostbef itp.)
30 g suszonych grzybów
2 cebule
liść laurowy
ziele angielskie
oliwa z oliwek
sól
pieprz
woda

Sposób wykonania

W składnikach wspomniałam o ugotowanym mięsie wołowym, bo sama do przygotowania łazanek wykorzystuję mięso, z którego przyrządzałam np. rosół wołowy. Jeśli nie dysponujemy jednak mięsem ugotowanym, to można przygotować je specjalnie do łazanek – gotujemy je wtedy do miękkości, ok. 2 godz. w osolonej wodzie z dodatkiem liścia laurowego i ziela angielskiego. Grzyby zalewamy wodą i moczymy przez noc. Kapustę kiszoną odciskamy i gotujemy do miękkości w małej ilości wody, z dodatkiem liścia laurowego, ziela angielskiego i namoczonych grzybów. Na rozgrzanej oliwie podsmażamy cebulę. Makaron gotujemy al dente. Mięso łączymy z ugotowaną kapustą, grzybami oraz cebulą. Całość przeciskamy przez maszynkę do mięsa. Farsz dobrze przyprawiamy solą i pieprzem. Mieszamy z ugotowanym makaronem. Mnie osobiście łazanki najbardziej smakują następnego dnia, podgrzane na roztopionym maśle.

SMACZNEGO!