Pierś z kurczaka z sosem malinowym i karmelizowaną marchewką

piers_z_kurczaka_z_sosem_malinowym_i_karmelizowana_marchewka

Wszystko, co dobre, szybko się kończy – mój urlop minął w błyskawicznym tempie. Są ludzie, których po powrocie do szarej rzeczywistości dotyka tak zwana „pourlopowa depresja”. Ja do nich nie należę. Nie żal mi końca wakacji i jedzenia, którym rozpieszczałam się we Włoszech, bo wiem, że przecież tam wrócę i znowu będzie pięknie. Przynajmniej mam teraz na co czekać. Fakt, że muszę wstać jutro o 6 rano, żeby iść do pracy, też mnie specjalnie nie martwi – taka jest przecież kolej rzeczy. Cierpię natomiast na chwilowy syndrom totalnej awersji do Irlandii. Odkąd wróciłam, denerwuje mnie tu niemal wszystko. Swoje narzekanie muszę zacząć oczywiście od pogody. Kiedy wylatywałam z Włoch, termometr pokazywał 33 stopnie Celsjusza –  tutaj było 13. Ledwo co wysiadłam z samolotu i na moją głowę spadły pierwsze krople deszczu, które po chwili zmieniły się w intensywny opad. Czara goryczy przelała się jednak dziś rano. Miałam w planie odwiedzić brata, który mieszka około 80 km od Dublina. Wszak obiecałam bratankowi „pamiątkę z Włoch”. Z entuzjazmem, uśmiechem na ustach i torbą pełną suwenirów dla całej rodzinki wsiadłam rano do tramwaju, żeby dostać się na stację kolejową. Na wejściu uderzył mnie odór alkoholu i papierosów oraz mocno „wczorajsi” towarzysze, którzy klnąc i sepleniąc, wracali do domów z prawdopodobnie całonocnych libacji. Po półgodzinnej podróży z ulgą wysiadłam z tramwaju, jak się okazało, tylko po to, by dowiedzieć się, że dzisiaj pociągi nie kursują z powodu strajku. Nie wiem dlaczego irlandzcy kolejarze dziś strajkują (zapewne walczą w jakiejś słusznej sprawie), ale gdy przed dworcem zobaczyłam dokładnie cztery osoby z hasłem STRAJK  na tabliczkach, od razu przypomniała mi się scena z kultowego „Misia”, gdzie pracownicy londyńskiego banku zrobili strajk ostrzegawczy, ponieważ mieli za ciemno w pracy. Zrezygnowana zadzwoniłam do brata z prośbą o sprawdzenie połączeń autobusowych. Okazało się, że mam szczęście – za 45 minut odjeżdża autobus; muszę tylko dostać się na drugą stronę miasta. Przyjechałam z piętnastominutowym zapasem czasu i wraz z pięcioma innymi osobami czekałam na autobus. Moje zdenerwowanie pojawiło się po 30 minutach, gdy zorientowałam się, że transport spóźnia się już kwadrans. Czekałam jeszcze godzinę, ale autobus w ogóle się nie pojawił. Bez sił i ochoty do czegokolwiek wsiadłam do tramwaju i wróciłam do domu. Jak mam lubić ten kraj? Moim zdaniem na dublińskim lotnisku, zamiast hasła „Witajcie w Irlandii” powinien znajdować się sparafrazowany cytat z Dantego „Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu przybywacie”. Dzisiejszy post miałam poświęcić na relację z Włoch, ale jeszcze chwilę z tym poczekam – musiałam się przecież wyżalić. A w ramach poprawiania sobie humoru, na talerzu ląduje karmelizowana marchewka i kurczak w sosie malinowym.

Składniki:
pierś z kurczaka
2 marchewki
250 g malin
2 łyżki płynnego miodu
2 łyżki oliwy z oliwek
łyżka masła
pół łyżeczki imbiru w proszku
sok wyciśnięty z połowy cytryny
5 – 6 goździków
pieprz
sól

Sposób wykonania

Pierś z kurczaka umyć i podzielić na trzy części. Sok z cytryny wymieszać z łyżką oliwy, pieprzem, solą i goździkami. Tak przygotowaną mieszaniną natrzeć pierś z kurczaka i wstawić ją do lodówki na godzinę. Po tym czasie udusić na patelni na wolnym ogniu. Marchewkę obrać i pokroić w talarki. Masło rozgrzać, dodać do niego imbir, łyżkę miodu i marchewkę. Smażyć do momentu, aż marchewka będzie miękka. Maliny opłukać i utrzeć z łyżką miodu i oliwy na jednolitą masę. Pierś kurczaka polać sosem malinowym. Podawać z ryżem i karmelizowaną marchewką.

SMACZNEGO!

Kanapka z tuńczykiem i koprem włoskim

kanapka_z_tunczykiem

Niedziela upływa mi na przygotowywaniu się do urlopu. Końcowe prasowanie, pakowanie i sprawdzanie, czy wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Jeśli podróż przebiegnie zgodnie z planem, jutro o tej porze będę już we Włoszech. Nie będę ukrywać, że od dawna z niecierpliwością przebieram nóżkami na samą myśl o tej chwili. W ciągu ostatnich tygodni w mojej pracy nastąpiło pasmo zmian, stresów oraz rozczarowań, od których z chęcią odetnę się chociaż na jakiś czas. Z radością odpocznę także od irlandzkiej pogody – mam nadzieję na naprawdę słoneczną Italię. Jak to przed urlopem bywa, raczej nie kupujemy artykułów spożywczych, które nie przetrwają naszej absencji. Co więcej, staramy się opróżnić lodówkę z wszelkich produktów z krótkim terminem ważności. Kolokwialnie mówiąc, po prostu “zjadamy resztki”. Swoisty reisefieber, który powoli ogarnia mnie od rana, przyczynił się do tego, że jakoś niespecjalnie mam apetyt, więc koncepcja dojedzenia tego, co zostało w kuchni, bez konieczności gotowania bardzo mi dziś odpowiada. Nie oznacza to, że małe co nieco, które z tej okazji proponuję, nie będzie smaczne. Przyznam szczerze, że jest to jeden z moich ulubionych sandwiczów, po który często sięgam. Doskonale nadaje się na przekąskę lub lekką kolację. Mnie tym razem zastąpił nawet obiad, ale wiadomo – to już kwestia apetytu.

Składniki (na dwie porcje):

4 kromki chleba
puszka tuńczyka w sosie własnym (w kawałkach)
bulwa kopru włoskiego (fenkułu)
połówka cebuli
garść świeżej bazylii
2 łyżki kaparów
2 łyżki oliwy z oliwek
połówka cytryny
sól
pieprz

Sposób wykonania:

Cebulę i kapary drobno posiekać. Bazylię porwać na małe kawałki (nie powinno się kroić jej nożem). Koper włoski pokroić na wąskie paseczki. Z cytryny wycisnąć sok. Rybę odsączyć i połączyć ją z cebulą, koprem, kaparami i bazylią. Dodać sól, pieprz, oliwę i sok z cytryny. Dobrze wymieszać. Chleb upiec w opiekaczu (ja lubię mocno spieczony, więc zawsze trzymam go w tosterze troszkę dłużej). Między dwiema kromkami opieczonego chleba umieścić wcześniej przygotowany “farsz”.

SMACZNEGO!

 

 

Łazanki z kapustą kiszoną i mięsem wołowym

lazanki

W moim stuosobowym zespole w pracy mam pewną koleżankę z Polski, która od dłuższego czasu stopniowo zwiększała mój apetyt na… łazanki. Ostatnio zdarzyło się parę razy, że przyniosła to danie, zrobione  przez jej teściową na różne sposoby. Sama zaczęłam zastanawiać się nad odmianami tej potrawy i doszłam do wniosku, że w moim domu zawsze dominowały łazanki z mięsem i kapustą – białą lub kiszoną. Czasem z mamą robiłyśmy łazanki wegetariańskie (z cukinią), ale przyznam szczerze, że sama osobiście nigdy nie jadłam łazanek z kiełbasą. Może wynika to z kulinarnych upodobań albo z różnych regionów Polski, z których pochodzimy, ale to właśnie te ostatnie zaobserwowałam na talerzu koleżanki – biała kapusta, cebula i kiełbasa w połączeniu z makaronem typu łazanki były dla mnie czymś nowym. Może kiedyś skuszę się na wypróbowanie takiej wersji tego dania, ale dziś sięgam po wołowinę i kiszoną kapustę. Mam nadzieję, że także w Was obudzę smaki na być może zapomnianą przez niektórych potrawę.

Składniki:

200 g makaronu łazanki
200 g kiszonej kapusty
200 g ugotowanego mięsa wołowego (łopatka, antrykot, rostbef itp.)
30 g suszonych grzybów
2 cebule
liść laurowy
ziele angielskie
oliwa z oliwek
sól
pieprz
woda

Sposób wykonania

W składnikach wspomniałam o ugotowanym mięsie wołowym, bo sama do przygotowania łazanek wykorzystuję mięso, z którego przyrządzałam np. rosół wołowy. Jeśli nie dysponujemy jednak mięsem ugotowanym, to można przygotować je specjalnie do łazanek – gotujemy je wtedy do miękkości, ok. 2 godz. w osolonej wodzie z dodatkiem liścia laurowego i ziela angielskiego. Grzyby zalewamy wodą i moczymy przez noc. Kapustę kiszoną odciskamy i gotujemy do miękkości w małej ilości wody, z dodatkiem liścia laurowego, ziela angielskiego i namoczonych grzybów. Na rozgrzanej oliwie podsmażamy cebulę. Makaron gotujemy al dente. Mięso łączymy z ugotowaną kapustą, grzybami oraz cebulą. Całość przeciskamy przez maszynkę do mięsa. Farsz dobrze przyprawiamy solą i pieprzem. Mieszamy z ugotowanym makaronem. Mnie osobiście łazanki najbardziej smakują następnego dnia, podgrzane na roztopionym maśle.

SMACZNEGO!

 

Sałatka z zieloną soczewicą

salatka_z_soczewica

Lato w pełni. Ciężko uwierzyć, że połowę wakacji mamy już za sobą. Lipiec minął rekordowo szybko. Zapewne niektórzy z Was są już po urlopie – ja należę na szczęście do grupy ludzi, którzy dopiero czekają na upragniony wypoczynek. Zbliża się on wielkimi krokami. Nie wiem jak u Was, ale w Dublinie pogoda dziś iście wakacyjna – świeci słońce, deszczowe chmury, które wisiały nad miastem przez ostatnie dni, gdzieś zniknęły. Ludzie cieszą się wolnym dniem – mamy tu dziś tak zwany bank holiday, więc i dla mnie weekend jest dłuższy niż zwykle. Nawiązując do błogiego, letniego nastroju, dziś proponuję danie szybkie, kolorowe i orzeźwiające. W upalne dni zazwyczaj nie dopisuje nam wilczy apetyt i mamy ochotę na coś lżejszego niż zwykle. Właśnie taka jest sałatka, na którą dziś zapraszam.

Składniki:

szklanka suchej zielonej soczewicy
żółta papryka
pęczek cebuli dymki
ok. 10 pomidorów koktajlowych
woda
sól
kumin

Sposób wykonania

Soczewicę ugotować do miękkości w lekko osolonej wodzie. Odcedzić i ostudzić. Paprykę pokroić na kawałki; pomidory przekroić na pół; dymkę posiekać. Wszystkie składniki wymieszać. Przyprawić solą i kuminem. Sałatkę schłodzić w lodówce.

SMACZNEGO!

Kawa mrożona

kawa_mrozonaKto oglądał „Kawę i papierosy” Jarmuscha, zapewne zgodzi się ze mną, że obie używki występujące w tytule filmu są atrybutami komunikacji. W tym filmie, jak to w życiu — wychodzi się na kawę lub papierosa, żeby porozmawiać z innymi. Czasem o jakiejś błahostce, a czasem o czymś poważniejszym. Sama nie palę i jestem przeciwniczką papierosów, ale kawie muszę oddać należyty szacunek. Za aromat, głębię smaku i sam rytuał jej picia. Pomimo że sięgam po kawę, robię to rzadko. Nie potrzebuję jej rano, żeby się obudzić, a średnia wypitych przeze mnie kaw w miesiącu maksymalnie wynosi może pięć. Przyznaję, że czasem pijam ją w pracy, ale zazwyczaj zdarza mi się to tylko wtedy, gdy boli mnie głowa. Ogólnie mam niskie ciśnienie i przy migrenie kofeina po prostu przynosi mi ulgę. Jeśli chodzi jednak o bardziej „szlachetny” aspekt picia kawy, zawsze wiąże się on z pewnym ceremoniałem. Kiedy mieszkałam w Krakowie, lubiłam po niedzielnym obiedzie z Rodzicami usiąść przy kawałku ciasta i filiżance kawy, by rozmawiać z Nimi i cieszyć się chwilą spędzoną w domu. Ciepło wspominam także wszystkie wyjścia na kawę i plotki z koleżankami oraz czas, który leniwie płynął w ogródkach krakowskich kawiarni. Brakuje mi uczestnictwa w codziennym rytuale mojego Taty. Czasem w tygodniu zdarzało mi się być jego częścią. Tata pije kawę zawsze około 17. Zawsze taką samą — z mlekiem i płaską łyżeczką cukru i zawsze w tym samym kubku. Mnie też ten nawyk udzielał się, kiedy spędzałam z Nim popołudnia. Jeśli chodzi z kolei o Mamę, to latem miałyśmy w zwyczaju popijać kawę mrożoną, przyrządzaną na rozmaite sposoby z różnymi dodatkami, która doskonale gasiła pragnienie. Dziś bazując na tych ostatnich wspomnieniach, proponuję kawę na zimno z delikatną irlandzką nutką. W sam raz na sierpniowe upały.

Składniki (na 2 porcje):

4 łyżeczki sypanej kawy
woda
opcjonalnie cukier
100 ml mleka
100 ml likieru Baileys

Sposób wykonania

Do dużego kubka wsypać kawę i zalać wrzątkiem. Zaparzyć i ostudzić. Kawę można też oczywiście przygotować w ekspresie do kawy lub kawiarce. Jeśli słodzimy kawę, dodać cukier. Rozlać kawę do pojemnika na lód lub woreczków do lodu. Zamrozić. Kiedy mamy już kawowe kostki lodu, wypełnić nimi wysokie szklanki. Dodać mleko oraz likier, aby całość uzupełnić płynem i zamieszać. Pamiętajmy, że alkohol dozwolony jest od 18 lat!

SMACZNEGO!